Lech Wójcik. Pilot, kierowca rajdowy oraz wyścigowy. Również działacz, organizator i pomysłodawca wielu ciekawych inicjatyw rajdowych. W latach 1971-72 pilotował Mistrza Polski – Wincentego Zbierkowskiego (Syrena 104), a także m.in. J. Szulca (Zastava 1300) i J. Poznańskiego (Lada VFTS gr.B) w latach 1983-85. Jako kierowca zdobył tytuły mistrza strefy w 1984 i 1986 r. W latach 1986-88 przejechał 16 rajdów u boku Lesława Orskiego (VW Golf GTI gr.A), z którym zdobył tytuł wicemistrza Polski w generalce (1987).

W GSMP wywalczył tytuły w sezonach 1987, 1988, 1991 i 1992, a w WSMP w 1992. W latach 1994-95 pilotował Romana Wronę (Renault Clio – N3), a w latach 1999-2000 – Jacka Sikorę (Peugeot 106, Daewoo Lanos). Od wielu lat związany z firmami Ferodo, Brembo, Zimmermann i Motul. W środowisku znany jako „Ferodo”. Zawsze chętny do pomocy i dzielenia się wiedzą, doświadczeniem i świetnymi rajdowymi opowieściami, których kilka prezentujemy na łamach www.KlasaN3.pl.
U boku „Ułana”
44. Rajd Polski. Mistrzostwa Europy Kierowców. 3-5 lipca 1987 r. Baza rajdu we Wrocławiu. Odcinki szutrowe i asfaltowe. Do OS nr 19 załoga Lesław Orski – Lech Wójcik (VW Golf GTi 1.8) walczy o trzecie miejsce w generalce. Za nami Mauro Pregliasco w Lancii Delcie HF. Odcinek nr 20 Astra długości 17,65 km. Niestety, już na pierwszym krawężniku tracimy prawą tylną oponę. W interkomie dyktowanie przeplata się z dyskusją: „Zmieniamy? Nie zmieniamy? Ile czasu stracimy na wymianę? Dojedziemy?” Podjęliśmy ryzyko kontynuowania jazdy. Strata do zwycięzcy na mecie wyniosła 2 minuty 51 sekund. Mimo wszystko odnieśliśmy ogromny sukces. Medialny. W telewizyjnej relacji na żywo pokazywano głównie nas…
W latach 80-tych polskie rajdy rozgrywane były głównie na nawierzchniach szutrowych. Nawet Rajd Wisły obfitował w odcinki przypominające kamieniołomy. Tęskniliśmy za asfaltowym Elmotem, chociaż i ten asfaltowy klasyk miał przygodę z szutrami. 20 lat temu naszym szutrom daleko było do fińskich, czy współczesnych z okolic Mikołajek. Sporo się fruwało, o czym przypomina mi mój kręgosłup. Drugą różnicą był niemal niespotykany dzisiaj fakt – rajdy były rozgrywane również w nocy!
Dramatyczny „Zimowy”
Wszystko nam się w 1987 roku układało. Kierowca w formie, pilot dyktował w tempo, serwisanci dawali radę, atmosfera lepsza niż w niejednej rodzinie. Nowy sezon zaczynaliśmy Zimowym Dolnośląskim. Zimowy był tylko z nazwy. Lało. Pierwszy oes, Jaszkowa Dolna. Nr startowy 7. Przeklęta siekiera. Ładny kawał prostej, maleńka hopinka, ale przy długiej skrzyni biegów to musiało być koło 200 km/godz. Nagle Golf odrywa się od zalanej deszczem smołówki i lecimy. Trzy baobaby ścięte na drugim metrze od korzeni. Pierwsze szczęście. Klatka, pasy, fotele – wszystko profi, bowiem auto było po Rajdzie Safari i ówczesnym Mistrzu Świata. Teoretycznie wytrzymało. Z dziesięć dachów (kto by to liczył), leżymy kołami do góry (jeśli są).

Pytam Leszka wprost czy coś mu jest. Cisza. Cholerna cisza. Nie odzywa się, nie rusza. Ponieważ mnie „film życia” się jednak nie przewinął, to jestem pełen optymizmu. Ale dlaczego jest taka cisza i spokój. Zero kibiców, bo na prostej i w deszczu nie stoją. Poruszył wreszcie swoim sumiastym wąsem. Ufff. Czy cos Cię boli? W zwolnionym tempie przesunął ręką w kierunku mostka. Po 15 minutach nadjechały 2 karetki. Jakoś nas odtransportowali do szpitala w Kłodzku i tam lekarzowi dyżurnemu oświadczyłem ambitnie, że nic mi nie jest. Pomagałem techniczce w zrobieniu licznych zdjęć RTG i już w ciemni dostrzegłem złamanie kompresyjne kręgu Th III. No to nie jest dobrze – pomyślałem. Będzie przerwa w jeżdżeniu. Zacząłem się czuć gorzej, wpadłem na kielicha do knajpy. Znieczulony dotarłem do domu. Zdejmuję spodnie, a tu niespodzianka. Pełno krwi. Oba moje talerze biodrowe próbowały przejść przez skórę w wyniku zadziałania pasów bezpieczeństwa.
Fioletowa klatka piersiowa była niczym. Jeszcze się trzymałem. Pojechałem do pracy, poprosiłem o RTG i … ujrzałem 7 złamanych żeber. No to wtedy poczułem się chory na tyle, że przez 5 tygodni spałem na siedząco. Ale to nie koniec tej opowieści. Zadzwoniłem do brata Leszka zapytać o zdrowie (nie było jeszcze komórek). I tu jeszcze większe zdziwienie. Dowiedziałem się, że tylko obojczyk i takie tam stłuczenia. A kregosłup ? Jaki kregosłup ? – zapytał braciszek. Przecież na własne oczy widziałem złamanie! I na szczęście zrobiono ponownie RTG, gdzie się okazało, że również czwarty piersiowy jest złamany. Na nieszczęście wsadzili Orskiego na pół roku w gorset gipsowy. Razem pojechaliśmy dopiero we wrześniu.
Wyścigowa pasja
Byłem już trochę na przysłowiowym, sportowym aucie. Po życiowych sukcesach i tytułach w 1987 roku, na prawym fotelu u boku Leszka Orskiego i na dokładkę w tym samym roku jako kierowcy wyścigowego, dorzuciłem jakiś tytuł w roku następnym i powiesiłem kask na kołku. W 1991 i 1992 r. nastąpił powrót do wyścigów, a moją izbę pamięci wzbogaciły 3 kolejne szarfy. Fotka pokazuje zakręt „uśmiech Szatana” w Poznaniu i na pozór „grzeczny” wyścig, który jednak takim nie był. W istocie na prowadzeniu zmienialiśmy się na każdym okrążeniu i niemal na każdym zakręcie. Wygrana po tak pasjonującej walce smakowała wybornie. Zaznaczam, że nie było fauli, ale trochę sobie docinaliśmy. Wszystko to ramach wielkiej przyjaźni, zwanej dzięki politykom, przyjaźnią szorstką. Poza torem była to najprawdziwsza przyjaźń konsumowana licznymi procentami, okraszona występami na estradach ośrodków wypoczynkowych i knajp. Śpiewaliśmy głównie przeboje Perfektu (śmiech).

Jeden z moich głównych rywali, Sebastian „Lewy” Lewandowski poszedł w lotnictwo i pewnie nikt z pasażerów lecących na wakacje nie orientował się, że za sterami samolotu siedzi… Wyścigowy Mistrz Polski. Gosia Serbin przed wyścigami była utalentowaną pływaczką (Marcin Turski też), pojeździła w wyścigach i… przeniosła się na skutery wodne. Maurycy Kochański tu właśnie stawiał pierwsze kroki, a dziś mocno pomaga w komentowaniu i interpretacji Formuły 1 w Polsacie. Jacek Rathe wylądował na prawych fotelach kilku czołowych kierowców (Robert Herba, Sebastian Frycz). Zagrał też w kilku filmach. Na marginesie powiem, że ja się do kaskaderki kompletnie nie nadaję. Zawsze tuż przed wypadkiem szósty zmysł włącza mi obronną reakcję. To nie dla mnie.
Na oesach
Zaczynałem w rajdach, realizowałem się w rajdach. Siedząc na prawym fotelu podpatrywałem moich nauczycieli, a potem – myk i okazało się, że sam umiem jeździć. Nigdy jednak nie miałem na tyle dużo kasy, żeby pójść na całego w karierę. Kilka wygranych rajdów, wychowanie wybitnie zdolnego pilota, Mikołaja Madeja, sporo pucharów i już. Moi rywale zmieniali sprzęt, byli zaradni, czyli organizowali kasę, szybko się sprywatyzowali, kiedy pojawiły się firmy sponsorujące. Nie trafiałem w tempo. Mogę tylko powiedzieć, że rajdowy talent to umiejętność znajdowania kasy. A reszta też się przydaje.

A ja? W 1993 roku dałem sobie spokój. Kupiłem pod koniec roku cywilną Renówkę, oczywiście z jedynym słusznym 1.8 16 S. Białe Clio. Pełny cywil. Rwało do przodu tak, że już podczas próbnej jazdy pod domem sprzedającego… zabrakło benzyny. Wiosną 1994 r. zadzwonił do mnie mój przyjaciel z Rzeszowa, Roman Wrona. Ponieważ przeżyliśmy mnóstwo wspaniałych momentów wygrywając i balując razem na rajdach oraz wyścigach górskich, nie miałem większych skrupułów oddając mojego „prawie” Williamsa w ręce mechaników. Podpisaliśmy pierwszy w życiu prawdziwy kontrakt z Elfem (choć w pierwszej wersji miał to być team Renault-Elf). Za kierownicą usiadł Romek, zaś ja na prawym. Miało być grubo i pięknie. Na początek polataliśmy trochę na Mucharzu. Dobre czasy, sporo przygód, wielkie nadzieje na sezon.
W klasie N3
W latach 94 i 95 klasa N3 była niezwykle liczna, dość wyrównana i pełna znakomitych kierowców. To właśnie w N3 rozwinął sie talent Janusza Kuliga. Jeśli ktoś nie znał do tej pory Leszka Kuzaja, to musiał być pod wrażeniem jego popisów. Jemu też siódemka nie sprzyja, o czym wielokrotnie się przekonał. Na Rajdzie Krakowskim po dzwonie na OS-7 kibice stawiający Williamsa Kuzaja nie zauważyli, że Zbyszek Baran chce wysiąść i… noga trrrach. W 1994 roku klasą dla siebie był Robert Kępka, jeżdżący z Klaudiuszem Rakiem, którego w 2010 roku pokonała nieuleczalna choroba. Szybki był Jacek Jerschina w Peugeocie 309 GTi, Jerzy Pajdak w Williamsie, Waldemar Malinowski i Krzysztof Wołkowyski w Kadetach.

W połowie 94 r. pojawili się Jarosław Pineles w Astrze i zawsze punktujący Michał Rej w Nissanie, którego sprzęt bił nasze Renówki niezawodnością na głowę. W następnym sezonie z klasy A7 do naszej N3 przeniósł się Piotr Świeboda. Tu również zagościł Jerzy Dyszy w bardzo dobrze mi znanej Cliówce. My dostaliśmy drugą życiową szansę, czyli Rafineria Jedlicze kupiła nam Williamsa po Robercie Kępce. W Rajdzie Wisły zadebiutowała załoga Tomasz Kuchar – Jarosław Buczek w Astrze i zajęli 5 miejsce w klasie. Janusz Kulig też zajął 5 miejsce, ale w generalce. On już wtedy A-grupowym Oplem dobierał się do skóry Cezarego Fuchsa w Escorcie Cosworth’cie.
W kalendarzu RSMP pojawił sie słowacki Rajd Gemer. Było to dla wszystkich arcytrudne wyzwanie. Zupełnie nowe dla wszystkich oesy. Mimo nieograniczonego czasowo treningu można powiedzieć, że znacznie większą rolę musieli spełniać piloci. Przecież wielu naszych kierowców może pojechać z pamięci Walim – Rościszów, czy Michałkową. A tu tyle nowego i trudnego. W zamian otrzymaliśmy niezwykłą gościnę u miejscowych i nowe wyzwanie na trudnych trasach. Do dziś nie wiemy, co tak naprawdę „nie fungowało” w elektronice naszego Williamsa. Rozkraczył się na dojazdówce przed pierwszym oesem. I sam sie naprawił po rajdzie…















Niezłe, fajnie się czytało!
Zaloge Wrona-wojcik w zoltej renowce oczywiscie pamietam.Ach te lata 90 w rajdach.To byly rajdy(czasy) !
Moglbym tak dlugo pisac a zwlaszcza gadac, ale skad wziac na to czas ?
Nie da sie ukryc, ze czysty przypadek spowodowal nasze starty przez 2 lata w kultowej N3. Przeciez tych anegdot jest wiecej. Np. dzwon Piotrka Swiebody, kiedy pomachali komus i wydzwonili. Albo rozmowa na Wisle, kiedy przyszla ulewa chwile po starcie na slickach a serwisy byly wowczas mobilne. Nie jakies tam strefy. I nie bylo komorek tak powszechnych. Wiec pojechali na umowione miejsce a my… na slickach po Kubalonce i Salmopolu. Albo nocny Salmopol i Jurek Dyszy pyta czy sie nie boimy na slickach jechac bo pada. A my dojezdzamy do mety i organizatorzy pytaja czy nie widzielismy gdzies Dyszego. Pojechal na deszczach i „troche” przesadzil. Albo obrocilo nas na ostatnim zakrecie oesu i przejechalismy mete na wstecznym, co rozbawilo sedziow. Byl tez zaklad (moj) z Wlodkiem Skrodzkim o to, czy ciagne reczny Romkowi. Nikt w to nie wierzyl a ja sie wczulem w te role. I jak tylko przod wyjezdzal to ciagnalem za rekaw.
widać mógłbyś nawet książkę napisać tyle tych akcji mieliście
Witam Cię Leszku
Widzę że miło powspominać dobre czasy i najlepszą grupę N-3 , zmartwiłeś mnie pilotem Kępola to przykre ,pozdrawiam Ciebie i wszystkich
pilot z niezawodnego Nissana
Miło poczytać o historii i wspomnieniach… Jestem córką, nieżyjącego już niestety, Mistrza Polski z lat 70. Pozdrawiam gorąco wszystkich Rajdowców.